W piątek przed ślubem stresowałam się niesamowicie. Wszyscy próbowali mnie uspokajać, nikomu się nie udawało. Powtarzałam sobie, że przecież mam gdzieś wszystkie organizacyjne szczegóły i na pewno będzie super. Po dwóch godzinach przewracania się z boku na bok zasnęłam w końcu o 3. Obudziłam się o 8, równie spanikowana, i dalej przez godzinę próbowałam spać, ale nic z tego nie wyszło. Zaczęłam robić rzeczy. I chyba gdzieś przy końcu malowania paznokci stres zniknął, a jego miejsce zajęła wielka radość.

WYCHODZĘ ZAAAAA MĄĄĄĄĄĄĄŻ

Biegałam po domu krzycząc to zdanie przez całe przedpołudnie. Mój biedny, zdenerwowany tata (jego stres puścił dopiero o 22) patrzył na mnie jak na wariatkę. Złożyłam bukiet, skręciłam wianek (który się później rozleciał), podszyłam szal, żeby nie zamarznąć w kościele, cały czas uśmiechając się jak kretynka.

Bo w końcu, pewnie gdzieś koło przedostatniego paznokcia, zdałam sobie sprawę, że zostanę dziś żoną najlepszego faceta na świecie i tylko to ma znaczenie. Nic poza tym się nie liczy. Czy zdążę mieć makijaż, czy przećwiczymy taniec, czy goście zachwycą się dekoracją, czy z wszystkim się wyrobimy, czy wszystko mamy. Zapomnieliśmy dużo rzeczy, wiele zaplanowanych się nie odbyło. I co? Nic. Nie miało to żadnego znaczenia. Daliśmy sobie ten sakrament, otoczeni najbliższymi, ich modlitwą i dobrymi życzeniami. Reszta nie była istotna.

sekundy przed fot. Piotr Górski

To, co najważniejsze

W kościele mieliśmy zarezerwowane 2 godziny, na wszelki wypadek. Wiedziałam, że będzie ponad godzina, bo czytania długie, wprowadzenia, pieśni i homilia na pewno będzie rozbudowana. Jak wychodziliśmy, byłam przekonana, że zamknęliśmy się w 70 minut. Okazało się, że nasza msza ślubna trwała godzinę i czterdzieści pięć minut. Połowę przepłakałam (ze wzruszenia i szczęścia, oczywiście). Wszyscy księża wyszli po nas pod drzwi, wprowadzając do Kościoła jako nową rodzinę (a przy tym najwięksi twardziele naszej diecezji mieli zeszklone oczy). Śpiewali i czytali nasi przyjaciele, uśmiechając się do nas z ambony i zza mikrofonu, stresując się bardziej niż my. Przyrzekliśmy sobie miłość, wierność, uczciwość i że będziemy ze sobą zawsze, a Bóg nam w tym postanowieniu pobłogosławił.

Cały czas spadał mi szal, czułam jak wianek się rozpada i zsuwa na oczy, chusteczki dostałam dopiero w połowie homilii, po nieudolnych próbach dyskretnego ocierania łez, więc na wszystkich zdjęciach będę mieć pewnie czerwone oczy i rękę na ramieniu[1]. I co? I nic. Naprawdę totalnie mnie to nie interesowało. Skupiałam się tylko na tym, żeby jak najwięcej zapamiętać z tych cudownych momentów, z zawierania sakramentu, który mam powtarzać codziennie do końca życia.

Co ludzie powiedzą?!

Trochę się bałam. Miałam to w nosie, ale się bałam. Od początku mówiłam, że w organizację mszy ślubnej ma się nikt nie wtrącać, bo to jest sprawa moja, Karola, Pana Boga i prezbitera. Ale wtedy nie wiedziałam, że aż tak się przeciągnie. No bo wiecie – listopad, zimny kościół, wszyscy głodni na weselny obiad. Byłam przekonana, że czeka nas masa narzekania. Oczywiście strach był bezzasadny. Przyjaciółka wypłakała 2 paczki chusteczek, bo tak było pięknie. Kilka razy usłyszałam, że daliśmy wspaniałe świadectwo. Teść powiedział, że jest z nas dumny. Znalazło się kilka osób, które nie były zachwycone. I co? I nic.

Kasia

Kasia, Karol, Prezbiter i Bóg fot. Piotr Górski

 

Ślub to temat, który z różnym nasileniem powraca do człowieka. Najpierw pojawia się jako jakiś plan na przyszłość, potem znika aż do momentu poznania osoby, która wydaje nam się odpowiednia. Kolejny raz pojawia się, kiedy jest się z kimś na tyle długo, by myśleć o spędzeniu z nim życia. Decyzja o zaręczynach znowu jest okazją do przemyślenia tej sprawy, a po zaręczynach rzadziej o ślubie się nie myśli, niż myśli. Pojawiają się momenty odetchnienia od ślubu, jednak od momentu zarezerwowania sali pojawia się ich coraz mniej.

Początkowo myślałem  „Jakie to będzie wspaniałe!”, później pojawiły się obawy (takie dobre, o to czy będę dobrym mężem, czy nauczę się żyć z kimś codziennie, czy będzie praca…), następnie znowu same pozytywy. Na jakiś rok przed dominowała myśl „Po co mi wesele? Naprawdę wszyscy przeżywają koszmar planowania tego wszystkiego?”. Przyszedł w końcu czas na skupienie się na najważniejszym, czyli na zrozumieniu czym jest ślub, a po uświadomieniu sobie tego długi czas spokoju i o wesele, i o ceremonie i o to czy dobrze robię.

Myślenie o ślubie już po zaręczynach to wydaje mi się nic innego jak niezły sposób przeżycia narzeczeństwa, przeżywanie tego czasu w perspektywie tego co ma się wydarzyć, powiedzenia najważniejszych słów w dotychczasowym życiu. Kiedy został tydzień do tego ważnego dnia zacząłem być trochę bardziej niż zwykle zdenerwowany (tzn. zacząłem się w ogóle denerwować ślubem – nie weselem). Dopiero wtedy tak całkowicie zaczęło docierać do mnie co robię. Sam zdecydowałem o tym, ze chce całe życie, jakie by nie było, przeżyć z jedną osobą! Nie wiem co było w tym bardziej stresujące – to, że się wiąże z kimś na zawsze, czy to, że totalnie sam tak zdecydowałem, że tego chce.

Ostatnie dni przed ślubem, praktycznie nie myślałem o ślubie, robiłem za to wiele kilometrów samochodem, przewoziłem różne rzeczy, przystrajałem, ustawiałem, dogadywałem szczegóły i robiłem całą masę innych rzeczy, które zajmując mnie nie zostawiały czasu na myślenie o ceremonii. Liczyły się tylko kwiaty, lampiony, świeczki, obrusy, krzesła itd. Nieliczne chwile, kiedy na chwile siadaliśmy z Kasią sami zaczynaliśmy jednak zawsze od frazy „wiesz, za chwile bierzemy ślub”. Całe szczęście, że takie chwile mieliśmy, bo dawały mi odrobinę spokoju (myślę też, że mogły ochronić kogoś przed uszczerbkiem na zdrowiu).

chwilę po fot. Light Catchers

Dzień ślubu był inny. Chociaż nie byłem wyspany i bolała mnie głowa, to jak zobaczyłem Kasię, która radośnie krzyczy, że bierze dziś ślub niepokój zniknął całkiem. Zniknął do czasu wejścia na Eucharystie, kiedy znów uderzyło mnie, że siedzę przed samym ołtarzem i to ja dziś stanę się mężem. Siedząc tak z pustą głową, jakby mój dysk się zawiesił, usłyszałem pytanie czy na pewno tym, ślubem z tą kobietą, chce wypełnić swoje życie. Po bardzo długiej sekundzie odpowiedziałem temu głosowi, że tak, i znowu nie czułem żadnego niepokoju – najlepsze uczucie jakiego mogłem doświadczyć. Następne części ceremonii nie były już w ogóle naznaczone stresem, nerwami – bardziej emocjami ale dobrymi.

Teraz przypominam sobie, że tak naprawdę był jeszcze jeden spory stres, bardzo realny, niemal namacalny. Pojawił się dzień przed ślubem i trzymał mnie aż do przysięgi – bałem się tego, że podczas przysięgi powiem „ biorę cię za męża”.

Karol

[1] Oczy jak zwykle, ręka w pasie, ale na niektórych wyglądam jakbym była w ciąży

Kasia Janowska

Kasia Janowska

Autor

Taka to bułka

Mąka, mleko, jajko, odrobina cukru na osłodę życia i drożdże. Brytfanka...
Więcej...

Pod górkę z Maryją

Pod górkę z Maryją Świat katolicki dzieli się na wielkich miłośników Maryi...
Więcej...

To, co najważniejsze!

W piątek przed ślubem stresowałam się niesamowicie. Wszyscy próbowali mnie...
Więcej...

No bo o co chodzi?

Nienawidzę uzależniać się od ludzi. Staję się wtedy podatna na to, jak ci,...
Więcej...

Więcej niż tatuaż

Chyba już wiem dlaczego ludzie tatuują sobie imiona ukochanych na rękach,...
Więcej...

Franciszek radzi:

Módlmy się za wszystkie ofiary ludobójstwa i dołóżmy starań, aby tej zbrodni nigdy już na świecie nie popełniano.

Franciszek radzi:

Uczmy się od Najświętszej Maryi Panny mieć serce pokorne i zdolne przyjąć dary Boże.

Franciszek radzi:

Kościół nie wzrasta przez prozelityzm, ale przez przyciąganie.
Prozelityzm?

Franciszek radzi:

Jezus nadał sens mojemu pobytowi tu na ziemi i daje mi nadzieję na życie przyszłe.

Franciszek radzi:

Jezus uczy skupiać się zawsze na tym, co istotne, i przyjmować odpowiedzialnie otrzymaną misję.

Franciszek radzi:

Adwent to czas przygotowania naszych serc na przyjęcie Chrystusa Zbawiciela, który jest naszą nadzieją.

Franciszek radzi:

Adwent to czas przygotowania naszych serc na przyjęcie Chrystusa Zbawiciela, który jest naszą nadzieją.

Franciszek radzi:

Wszyscy zostaliśmy wezwani, aby wyjść na świat jako misjonarze, niosąc wszystkim ludziom i każdemu środowisku orędzie Bożej miłości.

Franciszek radzi:

Wszyscy zostaliśmy wezwani, aby wyjść na świat jako misjonarze, niosąc wszystkim ludziom i każdemu środowisku orędzie Bożej miłości.

Franciszek radzi:

Miłosierdzie nie jest jakąś dygresją w życiu Kościoła, ale stanowi samo jego życie i czyni Ewangelię namacalną.

Franciszek radzi:

Aby spotkać drugiego, należy wyjść z własnych ograniczeń. Jeśli tego nie uczynimy, także my, chrześcijanie, zarazimy się podziałami.

Franciszek radzi:

Wielki Post zachęca nas usilnie do nawrócenia: jesteśmy wezwani, by powrócić do Boga całym sercem.

Franciszek radzi:

Post nie jest tylko odmawianiem sobie chleba. Jest także dzieleniem się nim z głodnymi.

Spotkania Młodzieży w Rejonie Biecko-Gorlickim

W I Niedzielę Adwentu w Polsce rozpoczniemy nowy rok duszpasterski pod hasłem „Weźmijcie Ducha Świętego”. W tym nowym roku duszpasterskim w sposób szczególny będziemy zatrzymywali się nad Trzecią Osobą Bożą i jej działaniu w naszym życiu. Pod takim hasłem będą...
Więcej...

Co ludzie powiedzą…

Pierwszą reakcją na nasze zaręczyny był wystrzał szampana, brawa i „sto lat”. Po uściskach i gratulacjach od osób, które były świadkami tego doniosłego wydarzenia, przyszedł czas na poinformowanie o tym reszty ludzkości. I wtedy już było różnie… „Nareszcie” Nasi...
Więcej...

Oto JA!

Ostatnio do Waszych parafii trafiły materiały formacyjne na miesiące marzec-czerwiec. Zachęcamy Was do korzystania z nich podczas spotkań grup młodzieżowych 👱‍♀️👱‍♂️ Zapraszamy również do dzielenia się Waszymi doświadczeniami z pracy z programem "Oto ja". Zachęcamy do...
Więcej...

Biesy i Czady, czyli jak rzucić wszystko…

Dom, uczelnia, dom, praca, znajomi, dom, uczelnia, dom, praca. Każdy z nas mimo woli zna ten schemat. W takim natłoku spraw człowiek ma ochotę zrobić sobie przerwę, zaszyć się, wyjść rano, niby po chleb. Najprostszym wyjściem jest schować się w domu, z kubkiem herbaty...
Więcej...

I’m going on an adventure!

To, co ludzi pociągało od niepamiętnych czasów, to odkrywanie, podróże, przygoda. Najpierw zdobywanie skór na ubrania, potem nowych ziem, władzy, pieniędzy, kobiet, iphonów. Gdyby nie potrzeba podróży i odkrywania, nie jeździlibyśmy teraz wypoczywać na Seszele i nie...
Więcej...