Ja cię wywiodę do kraju w kebab obfitego

Maj 1, 2017 | Spacerniak | 0 komentarzy

Wokół krajów azjatyckich, zwłaszcza tych na Bliskim Wschodzie, narosło wiele stereotypów. Słysząc „Turek”, człowiek widzi średniego wzrostu mężczyznę o ciemnej karnacji, który w przerwach między modlitwami dziarsko zajada się kebabem. Jeżeli tak nie macie, to gratulacje! Nie dajecie się ponosić uprzedzeniom. Jeżeli jednak macie właśnie takie wyobrażenie, to… macie rację.

 

Do Turcji mieliśmy możliwość pojechać dzięki jednemu z programów wymiany. Zbiórka pod szkołą. Załadowano nas we dwudziestu chłopa do busa, wywieźli do Balic, stamtąd do Monachium, a z Monachium do Ankary. Tam przez 3 tygodnie mieliśmy dzielnie pracować w przydzielonych nam zakładach, w międzyczasie poznając turecką kulturę, kuchnię i zwyczaje. Brzmi prosto, prawda? Nam też brzmiało. Choć i wyjazdu się trochę obawialiśmy, bo wiadomo: to kraj islamski, tu biali chrześcijanie, tu pojawiające się gdzieniegdzie zamieszki… To był mniej więcej ten czas, kiedy ministerstwo oficjalnie odradzało Polakom wyjazdy do Turcji ze względów bezpieczeństwa. Ale kto by się tym przejmował?

Początek października, wysiadamy z samolotu na lotnisku pod Ankarą. Na razie wszystko wygląda normalnie. Samolot jak samolot, lotnisko jak lotnisko. Odebraliśmy bagaże, kupiliśmy wizy, zbieramy się, wychodzimy na podstawiony autokar, i tu uderza nas pierwsza, bardzo charakterystyczna cecha Turcji:

TUUUUUUUTUUUUUUUTTTTTTUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUTUUUUUUUUUUUUUUUTUUUUUTUUUTUUUUUUTUTUTUTUUUUUUUUUUUUUTUUUTUUUUUUUUUUUUUUUUTUUTUUUUUUTUTUUUUUUUUUUUUUTUUUTUUUUUUUUTUUUTUUUTUUUUUUUUUUUUUUUUTTUUUUTUUU…

Klaksony. Wszędzie. Klaksony. Ktoś wymusił ci pierwszeństwo? Wytrąb go. Ktoś chciał ci wymusić pierwszeństwo? Wytrąb go. Chcesz ostrzec kogoś, że chcesz wymusić pierwszeństwo? Wytrąb go. Odgłos twojego klaksonu jest tak melodyczny, że chcesz się nim podzielić ze wszystkimi uczestnikami ruchu? Trąb, bądź wolny! Pod koniec praktyk, kiedy szef odwoził nas na stację metra, opowiadałem mu, że dla nas wszechobecne klaksony są dość dziwne, bo w Polsce za nieuzasadnione użycie jest mandat. Szef popatrzył na mnie, uśmiechnął się… i zatrąbił.

Ogromny baner informujący o zakazie używania klaksonów dość zabawnie kontrastował z hałasem używanych klaksonów.

Dojechaliśmy pod nasz hotel. Wysiadamy z autokaru, ogarniamy bagaże, a moją uwagę zwrócił lokal o uroczej nazwie „Kebabistan”. Szturchnąłem kolegę, „ej, patrz, Kebabistan, hehe”. Turek, który był z nami odwrócił się, uśmiechnął i powiedział „yes, everyday kebab!”. Okazało się, że to bar, w którym mieliśmy wykupione posiłki na cały pobyt. Istotnie, everyday kebab. Pakujemy się  do hotelu – paszporty, dokumenty, napotykane pierwsze dziwactwa (hasła do WiFi były indywidualne dla każdego paszportu). Przybytek nazywał się „Yeni Hotel”, gdzie „yeni” po turecku miało znaczyć „nowy”. Z nowością jednak miał tyle wspólnego, co świnka morska ze świnką. Albo morzem.
Nie był zły, to trzeba przyznać. Miał łóżka, prysznice, wifi, ale i miał swoje smaczki. Kiedy wracaliśmy z pracy, czasem zastawaliśmy nasze ciuchy poukładane w kosteczkę. A czasami sprzątanie obsługi opierało się na odwieszeniu brudnych ręczników z powrotem na wieszaki… Ręczników używaliśmy własnych, tak na wszelki wypadek. Następne dni upływały nam na ogarnianiu się w otoczeniu. Pokazano nam nasze miejsca pracy, porozdawali karty do metra, odwiedziliśmy szkołę z którą prowadziliśmy wymianę, pozwiedzaliśmy centrum.

Praca w Turcji jak praca. Wstawaliśmy przed 7 (ok. 5 rano budziły nas modlitwy puszczane z KAŻDEGO głośnika w mieście, o 6 rano klaksony kierowców busów pod naszym oknem), o 7 wychodziliśmy z hotelu, wysiadaliśmy kilka stacji dalej, szliśmy na podstawionego dla pracowników busa i dojeżdżaliśmy do firmy 10 minut przed czasem, żeby pracownicy mogli jeszcze spokojnie wypić herbatę(dlaczego to tak ważne, napiszę potem). Nasza firma zajmowała się wytłaczaniem i montażem szaf pod jakieś bezpieczniki i rozdzielnie. Nam przypadły proste roboty w stylu zarabiania końcówek przewodów czy montażu elementów w szafach. Najwyklejsza hala, maszyny itd. Co jednak nas mocno zadziwiło, okazało się, że w Turcji obowiązuje… 10-godzinny system pracy. Wychodziliśmy o 7 rano z hotelu, a wracaliśmy o 19, więc miejscami bywało ciężko. Na szczęście szefostwo i pracownicy byli wyrozumiali, dawali nam trochę przymulać na początku dnia, a i czasem puszczali nas wcześniej. Oczywiście dojazd i powrót upływał na słuchaniu symfonii klaksonów.

 

Turek też człowiek

 

Po powrocie wiele osób pytało mnie, jacy są Turcy. Okazali się bardzo przyjaźni. I otwarci, nawet trochę bardziej niż byśmy chcieli. Kiedy pierwszego dnia była pomyłka i w hotelu nie podali śniadania, wyszliśmy głodni i tak głodni siedzieliśmy w zakładzie. Szefostwo wzięło nas na górę i pytają się jak nam się pracuje. Powiedzieliśmy że spoko, fajnie, wszyscy mili, tylko jesteśmy w spód głodni, bo nie było śniadania. Co zrobił szef? Przeszedł się po biurze, pozbierał żarcie które znalazł i nam dał. Wiele razy wołali nas na górę i pytali czy wszystko w porządku, pytali co zamierzamy robić. Rozmawialiśmy o Turcji, o Polsce (co ciekawe, Turków nie uczą w szkole, że to polska armia pokonała ich pod Wiedniem). Pokazywali nam co warto zobaczyć w Ankarze, czego spróbować na targu… Generalnie strasznie miło.
Pracownicy na hali też byli bardzo mili. Nie było gonienia murzynków do roboty, poganiania. Kiedy była robota, pracowaliśmy, kiedy skończyliśmy, mogliśmy iść posiedzieć do cieciówki. Na przerwy chodziliśmy z nimi, siedzieliśmy razem przy stole, rozmawialiśmy, piliśmy czaj. Chcieli nas częstować papierosami, śmiali się z nami (podejrzewam że również i z nas), uczyli nas tureckich słówek. Syn szefa, który pracował na hali, potrafił przegadać z nami półtorej godziny o swoich poglądach na islam, uchodźców, Kurdów (którzy są w Turcji tematem bardzo kontrowersyjnym). Typowy polityczny gaduła, ale bardzo miły.

Salony fryzjerskie w Ankarze są tak zarąbiste, że reklamuje je sam Brad Pitt.

Warto też wspomnieć, że byli dużo bardziej tolerancyjni niż myśleliśmy. Pewnego razu w pracy montowałem sobie spokojniutko szafę, kiedy podszedł do mnie jeden z pracowników i zaczął się interesować łańcuszkiem, który miałem na szyi, a pod koszulką. Myślę sobie: „o so chozi”, ale nie mówię nic. Za chwilę podchodzi drugi i robi to samo. I trzeci. I stoją tak we trzech dookoła mnie i oglądają ten krzyżyk, gadając coś między sobą po turecku. Ja w myślach już widzę szubienicę, gilotynę, dżihady… i nagle jeden z nich pyta mnie z rozbrajającą ciekawością „Silver?”. Myślałem, że się tam zapadnę. Wspomniany wcześniej syn szefa opowiadał nam o Maryi (Muzułmanie wierzą, że w Turcji znajduje się grób Maryi), pokazywał nam kościoły katolickie w Ankarze, żebyśmy mogli pójść na Mszę, itp.

Jak mówiłem, Turcy są bardzo otwarci. Istnieje chyba na świecie taka zależność, że im cieplej w kraju, tym mniejsza przestrzeń osobista. I tak jak w krajach skandynawskich ludzie czekają na przystanku w równych odstępach, tak tureccy kumple idą przez miasto trzymając się za ręce. I nie, to nie byli geje. W pracy często próbowali nas łapać, żeby wziąć nas pod rękę. Myślę, że widzieli nasze zdezorientowane reakcje i żarliwe zapewnienia „no, no, no, no, no!” i to ich trochę śmieszyło. Ale względem siebie właśnie tak się zachowywali, chodzili pod rękę, obejmowali się. Nieraz widzieliśmy na mieście tureckie powitanie: przybijali pjonę, i (tak jak my na imieninach stykamy się z ciocią policzkami), oni stykają się skroniami. Dziwne to były widoki, ale kim byliśmy, żeby ich oceniać?

Dobry Turek to przedsiębiorczy Turek. Gdyby po dwóch godzinach stania w korku zmorzył Cię głód albo pragnienie, panowie zawsze byli w pogotowiu. Chodzili od auta do auta i pytali, czy nie chcemy jakiego obwarzanka lub wody.

Zdaję sobie sprawę, że widzieliśmy tylko jedną stronę medalu Turków, tzn. w miarę ułożonych ludzi, którzy uczciwie pracują, mają rodziny. Mieliśmy jednak styczność i z nieprzyjemnymi Turkami, którzy mieli swoje wady. Co zauważyliśmy, Turcy potrafią być bardzo skąpi. Nasz turecki opiekun bardzo wyraźnie próbował na nas oszczędzać, a w restauracji gdzie mieliśmy wykupione obiady, dostawaliśmy dużo mniejsze porcje niż normalni klienci. Bardzo dużo też było pracujących dzieci. Czy to na targach, czy w zakładach, czy w restauracjach pracowali chłopcy, którzy nie mogli mieć więcej niż 13-14 lat. Nie wiedzieliśmy czy chodzą do szkoły, czy nie. Zawsze gdy przychodziliśmy, oni tam byli, a sami kłamali na temat swojego wieku.

Pod jednym z meczetów spotkaliśmy też małego Turka, który najwyraźniej szedł do Pierwszej Komunii

 

Czaj time

 

Mówiłem, że napiszę o herbacie (a właściwie czaju, czyli… no, herbacie, jednak odrobinę bardziej gorzkiej, podawanej najczęściej w takiej charakterystycznej szklaneczce). Przez cały nasz pobyt na zmianę nas to zastanawiało i śmieszyło, jak wielką był świętością. Czaj był wszędzie. Idziesz do restauracji na kebsa, dostajesz czaj. Przychodzisz do kogoś w gości, dostajesz czaj. Firma w której pracujesz organizuje busa wcześniej specjalnie po to, żebyś mógł przed pracą wypić czaj. Zaraz po przerwie obiadowej jest specjalna dodatkowa przerwa na czaj. Godzinę przed zakończeniem pracy jest przerwa na czaj… Kiedy my chodziliśmy do pracy, nauczyciele jeździli z naszym tureckim opiekunem po mieście. W ciągu dnia wypijali (nie wyolbrzymiam, serio) po 15-20 szklanek, bo gdziekolwiek nie poszli, dostawali herbatę, a kiedy ją wypili… dostawali drugą. I trzecią. Kiedy szliśmy przez miasto, mijaliśmy różne knajpy. Wyobraźcie sobie ośmiu dziadziów siedzących przy stole, każdy w jednej ręce trzyma karty, w drugiej papierosa, każdy ma swoją popielniczkę… i żadnego kufla z piwem, żadnej wódki, wina, whisky. Każdy siedzi na bogatości ze szklaneczką herbaty.

Kwintesencją przywiązania do czaju była sytuacja, kiedy byliśmy w partnerskiej szkole, żeby podpisać wszystkie dokumenty. Ktoś trącił szklankę z herbatą i ta rozlała się po umowach (projekt na kilkaset tysięcy zł). Nerwy, ratowanie papierów, Turek gdzieś pobiegł. Myślicie pewnie, że po ręczniki, szmatkę, cokolwiek, czym można uratować dokumenty? Wrócił z nową herbatą.

Święty Graal dostępny na każdej stacji benzynowej już od 1 liry tureckiej.

 

Kojarzycie takie duże, metalowe termosy z kranikiem (warniki)? Najczęściej są na jakiś spotkaniach czy imprezach, żeby dużo osób naraz mogło sobie nalać z niego wrzątku i zrobić kawę czy herbatę. W naszym zakładzie był taki sam… specjalny, z dwoma kranikami. Jeden na wrzątek, drugi na esencję.

 

Wysoki woltaż

 

Jeśli kiedykolwiek pomyślicie, żeby jechać do Turcji, żeby popić dobrych, tureckich alkoholi… to myślcie tak dalej – w Turcji nie ma tak powszechnej kultury picia alkoholu jak u nas, czy u naszych sąsiadów. W centrum miasta w naprawdę niewielu barach można dostać piwo. Ludzie najczęściej siedzą przy (tak, zgadliście!) herbacie, napojach gazowanych czy wodzie. Alkohol jest też bardzo drogi – pół litra wódki kosztuje 50-60 lir tureckich (55-65 zł), butelka piwa – 5.50 lir (6 zł). Próżno szukać piw regionalnych czy kraftów. W większości sklepów były te same, 2-3 marki. Wina są najbardziej ekonomiczne, ale zawartością siarki mogłyby konkurować z główkami zapałek. Choć podobno nieważne co…

Papierosy w sklepach miały ceny porównywalne jak w Polsce. Jednak kiedy tylko poszło się na targ, na każdym rogu stał uśmiechnięty sprzedawca, gotów zepsuć turecki rynek nikotynowy najwyższej jakości papierosami „Made in Bulgaria”. Co ciekawe, niespecjalnie się z tym krył. Nie wiem jak służba celna funkcjonuje w Turcji, ale najwyraźniej było to po prostu legalne.

 

Everyday kebab

 

Kolejna rzecz, o którą byłem pytany zawsze. Barów z kebsami było jak mrówków. W bułce, z kurczakiem, z baraniną, z rybą, kebab w cieście, w tortilli, kebab do samodzielnego skomponowania. Nasz Kebabistan, w którym mieliśmy wykupione obiady, miał kebaby właśnie w formie dań obiadowych na talerzach. Razem z mięsem na talerzu były pszenne placki, kasza, jogurt, sałatka. Generalnie wszędzie, gdzie jedliśmy, było w miarę smacznie.

Everyday kebab a’la Kebabistan. Na zdjęciu „Tavuk Şiş”, czyli kurczak z szaszłyka.

 

Pozytywną odskocznię od kebsów zastaliśmy w zakładzie, gdzie funkcjonowała stołówka z gotowanymi na miejscu posiłkami, które były naprawdę fajne. A tu jakaś zupa, tu gotowany, nadziewany kurczaczek, tu jakieś warzywka, tu coś innego. Wyjątkiem była zupa z krowich żołądków, której już tak miło nie wspominaliśmy.

Tradycyjna turecka oberża. Ślinka cieknie na samą myśl

 

Czy warto?

 

Czy Turcja jest warta odwiedzenia? Na pewno. Jednak nie polecam trzymać się dużych miast na dłużej. Ankara czy Istambuł obfitują w piękne meczety, zabytki i muzea, ale są jednocześnie ogromne, tłoczne i brudne. Idąc do pięknych zabytków, mijaliśmy po drodze rozsypujące się rudery, domy zbijane dechami i blachą. Jednak poszczególne rejony Turcji są piękne. Morze Czarne jest bardzo urokliwe, Kapadocję, której nie udało nam się odwiedzić, znam tylko z opowieści szefostwa. Hagia Sofia, jeden z najpiękniejszych budynków sakralnych na świecie, robi niesamowite wrażenie. Ogólnie, muszę przyznać, meczety są piękne. W środku są bardzo bogato zdobione, a brak wszelkich ławek w środku potęguje wrażenie monumentalności, nawet w tych nowo budowanych (żałuję, że nie mogę powiedzieć tego samego o niektórych naszych, rodzimych kościołach).

Hagia Sofia, perełka architektury bizantyńskiej. Posłużyłem się zdjęciem z internetu, ponieważ mój ówczesny aparat nie był w stanie oddać potęgi tego miejsca.

Mieliśmy również jeden mniej miły incydent. Półtora kilometra od naszego hotelu, w jednej ze stacji kolejowych wybuchła bomba, a w wyniku eksplozji zginęła ponad setka osób. Nas nie było wtedy w mieście, dowiedzieliśmy się o tym z Polski, kiedy wszyscy próbowali się do nas dodzwonić. Dostaliśmy wtedy surowe przykazy, żeby nie zbliżać się do żadnych większych grup i odsuwać się od zbiorowisk. Nie wszyscy tego przestrzegali (pozdro dla kumatych), ale na szczęście do końca wyjazdu było spokojnie.

Bonus: potrzeba matką wynalazków. Wszystkie gniazdka znajdowały się po drugiej stronie pokoju, więc jako przykładni elektronicy zmontowaliśmy nowe, tuż przy łóżkach. Działały tylko przy zapalonym świetle, więc w nocy trzeba było wykręcać żarówki. Co ciekawe, obsługa nie powiedziała nic. Nie wiemy, czy byli pod takim wrażeniem, czy bali się to ruszać.

Staszek Napiórkowski

Staszek Napiórkowski

Autor

Taka to bułka

Mąka, mleko, jajko, odrobina cukru na osłodę życia i drożdże. Brytfanka...
Więcej...

Pod górkę z Maryją

Pod górkę z Maryją Świat katolicki dzieli się na wielkich miłośników Maryi...
Więcej...

To, co najważniejsze!

W piątek przed ślubem stresowałam się niesamowicie. Wszyscy próbowali mnie...
Więcej...

No bo o co chodzi?

Nienawidzę uzależniać się od ludzi. Staję się wtedy podatna na to, jak ci,...
Więcej...

Więcej niż tatuaż

Chyba już wiem dlaczego ludzie tatuują sobie imiona ukochanych na rękach,...
Więcej...

Franciszek radzi:

Módlmy się za wszystkie ofiary ludobójstwa i dołóżmy starań, aby tej zbrodni nigdy już na świecie nie popełniano.

Franciszek radzi:

Uczmy się od Najświętszej Maryi Panny mieć serce pokorne i zdolne przyjąć dary Boże.

Franciszek radzi:

Kościół nie wzrasta przez prozelityzm, ale przez przyciąganie.
Prozelityzm?

Franciszek radzi:

Jezus nadał sens mojemu pobytowi tu na ziemi i daje mi nadzieję na życie przyszłe.

Franciszek radzi:

Jezus uczy skupiać się zawsze na tym, co istotne, i przyjmować odpowiedzialnie otrzymaną misję.

Franciszek radzi:

Adwent to czas przygotowania naszych serc na przyjęcie Chrystusa Zbawiciela, który jest naszą nadzieją.

Franciszek radzi:

Adwent to czas przygotowania naszych serc na przyjęcie Chrystusa Zbawiciela, który jest naszą nadzieją.

Franciszek radzi:

Wszyscy zostaliśmy wezwani, aby wyjść na świat jako misjonarze, niosąc wszystkim ludziom i każdemu środowisku orędzie Bożej miłości.

Franciszek radzi:

Wszyscy zostaliśmy wezwani, aby wyjść na świat jako misjonarze, niosąc wszystkim ludziom i każdemu środowisku orędzie Bożej miłości.

Franciszek radzi:

Miłosierdzie nie jest jakąś dygresją w życiu Kościoła, ale stanowi samo jego życie i czyni Ewangelię namacalną.

Franciszek radzi:

Aby spotkać drugiego, należy wyjść z własnych ograniczeń. Jeśli tego nie uczynimy, także my, chrześcijanie, zarazimy się podziałami.

Franciszek radzi:

Wielki Post zachęca nas usilnie do nawrócenia: jesteśmy wezwani, by powrócić do Boga całym sercem.

Franciszek radzi:

Post nie jest tylko odmawianiem sobie chleba. Jest także dzieleniem się nim z głodnymi.

Warsztaty śpiewu liturgicznego

Wraz z rzeszowskim klasztorem ojców Dominikanów zapraszamy na warsztaty śpiewu liturgicznego. Szczegóły na plakacie oraz w wydarzeniu.🎼🎹 Polecamy! [apss_share] Módlmy się za wszystkie ofiary ludobójstwa i dołóżmy starań, aby tej zbrodni nigdy już na świecie nie...
Więcej...

Cykl: Długie wieczory z Agatą Christie

Muszę przyznać, że chwile wolnego np. po co całym dniu szkoły (kiedy akurat pierwszym, co muszę zrobić nie jest chwytanie za książkę do biologii) najmilej jest mi spędzać pod kocem w towarzystwie dobrej herbaty i kryminału. Szczególnie odznaczają się w mych...
Więcej...

A On sam

Jak co roku w Święte Triduum wielu z nas będzie rozdartych między ołtarzem, a kuchenką. Czy można umyć okna dla Jezusa? Pytanie to od lat spędza sen z powiek prawej stronie Internetu. Powstają liczne memy i żarty, a kiedy ktoś w obecności mniej zorientowanego życiowo...
Więcej...

ABC Skautingu – zaproszenie

Skauci Europy zapraszają 14 października (sobota) do rzeszowskiej Fary na 10:00. Spotkanie rozpocznie się Mszą Świętą.   Kontakt: Ola Szuba - aleksandra.szuba@gmail.com - 883 665 562 Piotr Kopyto - piotrkop94@gmail.com - 608 147 273   [apss_share] Módlmy się...
Więcej...

Światło między oceanami

Małe, malutkie kłamstewko. Kto nie ma go na swoim sumieniu, niech podniesie rękę. Każdego dnia cała ich masa przewija się w rozmowach świata. Tak bardzo w nas wsiąkły, że nie spodziewam się lasu rąk. Raz na jakiś czas - a tak było w przypadku Toma i Izabel - niewinne...
Więcej...