I’m going on an adventure!

Maj 22, 2017 | Pół żartem, pół narzeczeństwo, czyli ślepa kulawego | 0 komentarzy

To, co ludzi pociągało od niepamiętnych czasów, to odkrywanie, podróże, przygoda. Najpierw zdobywanie skór na ubrania, potem nowych ziem, władzy, pieniędzy, kobiet, iphonów. Gdyby nie potrzeba podróży i odkrywania, nie jeździlibyśmy teraz wypoczywać na Seszele i nie wiedzieli, że istnieją np. bizony. Wszystko to robione było z potrzeby przeżycia przygody, czegoś nowego.

Człowiek jako najwyższy przedstawiciel naczelnych przez wszystkie wieki bardzo się zmienił. Oooo, nie! Tylko troszkę. Przynajmniej ja tego nie czuje w ten sposób. Co prawda chodzę na dwóch nogach, a z owłosionego ciała została jakaś tam czupryna i broda, ale nadal odczuwam potrzebę zrobienia czegoś wyjątkowego, stworzenia czegoś, zdobycia, przeżycia hardcorowej przygody. Potrzeba ta może nie jest już prymitywna, ale raczej pierwotna. Wiemy, albo wierzymy, że człowiek to połączenie ciała i ducha, musi więc na siebie w pewien sposób oddziaływać. Ciało pragnie poznania, myślę, że tak samo jest z duchem.

Mówiąc zaręczyny, nie chodzi oczywiście o te 3 minuty napięcia kiedy nie wiesz czy się zgodzi czy wyśmieje. To zaczyna się kiedy po jakimś czasie bycia w związku myślisz: a jakby tak założyć, hipotetycznie, że będziemy kiedyś mężem i żoną? Kiedy ta myśl przestanie być myślą kosmiczną i zaczniesz realnie wierzyć w to, że nie jest to pomysł bez sensu, to wtedy już troszkę zaczynają się zaręczyny. Na razie w głowie. W tej samej głowie analizujesz potem wszystko co robi, co mówi, jak się zachowuje, próbujesz odgarnąć mechanizmy myślowe, tworzysz testy psychologiczne. Myśli się wtedy tak dużo, tworzy tyle scenariuszy, że w końcu mózg mówi, że teoria względności jest błędna i wymyślasz lepszą… Nadchodzi moment kiedy mówisz, tak, zgadza się, ta się nadaje na żonę.

Przygoda nie od dziś kojarzy mi się z wyprawą w góry, taką na tydzień. Trzeba wtedy zrezygnować z wygodnych gadżetów, z wygodnego łóżka, serialu, pizzy i kawy z ekspresu. Potem wejście na szczyt – jeden, drugi – zachód słońca… i ma się wtedy w nosie najnowszy sezon Wikingów, ulubioną pizzę i generalnie dużo rzeczy. Zaręczyny są o tyle fajnym zjawiskiem, że i ciało i duch zaspokajają potrzebę przygody.   Ciało musi być cierpliwe, musi znieść fakt, że na wspólnym posiłku z Narzeczoną nie uświadczysz świeżego pomidora, musi nauczyć się nie zasypiać kiedy chce, bo ktoś właśnie do mnie mówi. Przygoda wymaga wielu wyrzeczeń. Tak jest też po zaręczynach, w narzeczeństwie.

Na tej przygodzie korzysta także duch, a jak już jest to przygoda trójosobowa, to korzysta bardzo. Poznając swoją Narzeczoną poznaje również Boga, a On pomaga mi poznawać i rozumieć ją. Za każdym razem, kiedy robi coś głupiego (z mojego punktu widzenia) pytam Go: Boże, czemu ona jest taka…? Czemu ona nie umie zrozumieć tego co tłumacze? Boże, jak można mówić, że pomidor jest fujka… (przecież Ty go stworzyłeś !) Często się okazuje, że dostaje odpowiedź – w Liturgii Słowa, w rozmowie z kimś albo w jakimś wydarzeniu. Narzeczeństwo uczy też modlitwy, pomaga pamiętać o spowiedzi, bo jak to, ona pójdzie Go przyjąć w Komunii, a ja nie? Jest mi wtedy głupio troszkę, że „słaba płeć” umie wytrzymać w łasce, a ja nie. Niesamowite w tym wszystkim jest to, że każda z osób pomaga nawzajem poznawać siebie tej drugiej osobie, a przez patrzenie jak one to robią sama uczy się ich.

Zauważyłem kiedyś, że moi znajomi bardzo lubią poznawać nowych ludzi, zawsze tak mówią, ile razy wyjeżdżają w jakieś odległe, czasami dziwne i kontrowersyjne miejsca. Poznawanie nowych ludzi kojarzą z przygodą. Nie skłamię,  jeśli powiem, że nie rozumiem, jak zobaczenie kogoś, ewentualnie zamienienie kilku słów, można nazwać poznaniem. Trzeba przecież zjeść z nim beczkę soli, zobaczyć czy w biedzie poznam w nim przyjaciela. Różne, na razie małe biedy i kilka słonych łez mamy już za sobą i wiem, że przed nami będzie ich jeszcze wiele. Znowu trzeba będzie się z nimi pozmagać, wyjść  na szlak, a potem oglądać przygotowane dla nas cuda. I tak w kółko, aż do… ślubu. Jak do tej pory zaręczyny czyli: decyzja, przygotowanie, wykonanie, oczekiwanie na odpowiedź, to najbardziej niezapomniane chwile.

Karol

 

Każda dziewczynka marzy o ślubie. Może bardziej marzy o okazji, by założyć piękną, księżniczkową sukienkę, ale jednak sprowadza się to do tego, że marzy o ślubie. Na początku wydaje się, że sprawa jest prosta – znaleźć faceta, zmusić go, żeby się oświadczył i wziąć ślub. Jednak kiedy okazuje się, że nie tylko o tę sukienkę chodzi, sprawa zaczyna się komplikować. Szczególnie po powiedzeniu „tak, będę twoją żoną”.

Życie jednak bardziej przypomina Hobbita niż opowieść z disneyowską księżniczką w roli głównej (jeśli orki i krasnoludów potraktujemy metaforycznie, naturalnie). Mamy do spełnienia misję (łatwo utożsamić sobie małżeństwo z walką z wielkim smokiem, który chce cię zjeść, ale i strzeże ogromnego skarbu), a po drodze czekają nieprzewidziane pułapki, ale i radości, uczty i spływy w beczkach – tak niebezpieczne, jak ekscytujące.

Narzeczeństwo jest jak pakowanie plecaka na bardzo długą drogę. To co zmieścimy tam teraz  będzie nam towarzyszyć przez całą przygodę zwaną małżeństwem. To jak nauczymy się kochać, ile się o sobie dowiemy, jak zweryfikujemy wspólne plany na przyszłość i co razem ustalimy, będzie później procentować lub przeszkadzać – jak niepotrzebnie wzięta kosmetyczka lub odpowiedni zapas lembasów.

Ale i samo narzeczeństwo jest zbiorem super przygód. Nie chodzi mi tu o wybieranie zaproszeń czy kolorystyki wesela. Jest to zupełnie inny czas – nie jesteśmy już „tylko” parą, ale nie musimy też prać i prasować przytaczanych wszędzie skarpetek. I choć przez długi czas byłam przekonana, że jak już odpowiem „tak”, to będę tak pewna, że następnego dnia będziemy mogli stawać przy ołtarzu i przysięgać. Z czasem jednak okazuje się, że pewność, którą mam teraz, po 5 miesiącach od zaręczyn, nijak się ma do tej, którą, wydawało mi się, miałam w Wiedniu. Wiele rzeczy się weryfikuje, a proces poznawania się przyśpiesza i przybiera na intensywności jakieś dziesięć razy.

Co dziwne, dużo daje nam samo przygotowanie ślubu i wesela – jeszcze nigdy nie musieliśmy podjąć tylu wspólnych decyzji, a na horyzoncie majaczą już następne i to jeszcze bardziej poważne. I choć nigdy nie pomyślałabym, że największy problem z decyzjami będziemy mieli przy wyborze pieśni na ślubną Eucharystię, to pomimo zupełnie odmiennych upodobań jakiś tam kompromis udało nam się wypracować. I choć na komunie będzie Witaj pokarmie, którego nie mogę już słuchać, a Karol jest nieusatysfakcjonowany, że nie będzie mógł poklaskać do neońskich pieśni, to uczymy się, że strata dla siebie jest zyskiem dla nas, nawet w takich małych rzeczach. Skoro pokonaliśmy pająki, czas się zmierzyć ze smokiem.

Narzeczeństwo jest super, bo pragnienie wspólnego życia zaczyna przeradzać się w fakt – za xx dni zaczniemy być małżeństwem, a takie podejście zmienia perspektywę. Łatwiej jest poruszać trudne tematy, mamy większą motywację do walczenia z przeciwnościami. Oddzielne drogi zbliżają się do siebie coraz bardziej, a ich połączenie jest już realnie widoczne na horyzoncie. Jeszcze jedno ciężkie podejście, jedna łąka, jedne chaszcze i będziemy najbliżej siebie.

Warto więc w takim momencie podpatrzeć postawę Bilba Bagginsa i z mieszaniną strachu i ekscytacji wybiec z domu na spotkanie przygodzie!

Kasia

Kasia Janowska

Kasia Janowska

Autor

Taka to bułka

Mąka, mleko, jajko, odrobina cukru na osłodę życia i drożdże. Brytfanka...
Więcej...

Pod górkę z Maryją

Pod górkę z Maryją Świat katolicki dzieli się na wielkich miłośników Maryi...
Więcej...

To, co najważniejsze!

W piątek przed ślubem stresowałam się niesamowicie. Wszyscy próbowali mnie...
Więcej...

No bo o co chodzi?

Nienawidzę uzależniać się od ludzi. Staję się wtedy podatna na to, jak ci,...
Więcej...

Więcej niż tatuaż

Chyba już wiem dlaczego ludzie tatuują sobie imiona ukochanych na rękach,...
Więcej...

Franciszek radzi:

Módlmy się za wszystkie ofiary ludobójstwa i dołóżmy starań, aby tej zbrodni nigdy już na świecie nie popełniano.

Franciszek radzi:

Uczmy się od Najświętszej Maryi Panny mieć serce pokorne i zdolne przyjąć dary Boże.

Franciszek radzi:

Kościół nie wzrasta przez prozelityzm, ale przez przyciąganie.
Prozelityzm?

Franciszek radzi:

Jezus nadał sens mojemu pobytowi tu na ziemi i daje mi nadzieję na życie przyszłe.

Franciszek radzi:

Jezus uczy skupiać się zawsze na tym, co istotne, i przyjmować odpowiedzialnie otrzymaną misję.

Franciszek radzi:

Adwent to czas przygotowania naszych serc na przyjęcie Chrystusa Zbawiciela, który jest naszą nadzieją.

Franciszek radzi:

Adwent to czas przygotowania naszych serc na przyjęcie Chrystusa Zbawiciela, który jest naszą nadzieją.

Franciszek radzi:

Wszyscy zostaliśmy wezwani, aby wyjść na świat jako misjonarze, niosąc wszystkim ludziom i każdemu środowisku orędzie Bożej miłości.

Franciszek radzi:

Wszyscy zostaliśmy wezwani, aby wyjść na świat jako misjonarze, niosąc wszystkim ludziom i każdemu środowisku orędzie Bożej miłości.

Franciszek radzi:

Miłosierdzie nie jest jakąś dygresją w życiu Kościoła, ale stanowi samo jego życie i czyni Ewangelię namacalną.

Franciszek radzi:

Aby spotkać drugiego, należy wyjść z własnych ograniczeń. Jeśli tego nie uczynimy, także my, chrześcijanie, zarazimy się podziałami.

Franciszek radzi:

Wielki Post zachęca nas usilnie do nawrócenia: jesteśmy wezwani, by powrócić do Boga całym sercem.

Franciszek radzi:

Post nie jest tylko odmawianiem sobie chleba. Jest także dzieleniem się nim z głodnymi.

Podejmij wyzwanie! – Wakacje RAM 2017

Ruch Apostolstwa Młodzieży zaprasza na na wakacyjne rekolekcje, które w tym roku odbywać się będą w lipcu i sierpniu. Szczegółowe informacje, terminy i sposób zapisów na plakacie oraz na stronie http://ramrzeszow.pl/turnusy-2017/. Podejmij wyzwanie! Zapisz się już...
Więcej...

Obudziła się wiosna

OBUDZIŁA SIĘ WIOSNA   Nareszcie ! Obudziła się, a wraz z nią obudziły się niedźwiedzie, obudziły się moje noworoczne postanowienia, a lada dzień, lada chwila, a może już następnego ranka, o wschodzie słońca obudzą się nieśmiało listki na jeszcze samotnych drzewach… W...
Więcej...

„W moim sercu gra playlista: Bóg, honor i ojczyzna.” – rozmowa z Lucasem Vuitton

"(...) miałem niesamowity kryzys pisania. Nie napisałem żadnego tekstu od miesiąca… Było mi strasznie źle z tego powodu, nie mogłem się przełamać, nie mogłem się wbić w ten tekst. Pierwsze co zrobiłem, to pomodliłem się do Ducha Świętego. Później zacząłem pisać..."
Więcej...

Miłość?

W dzisiejszym odcinku recenzji filmowych postanowiłam podzielić się z wami refleksją na temat obrazu nagrodzonego w 2013 roku Oscarem za najlepszy film nieanglojęzyczny oraz Złotą Palmą na festiwalu w Cannes. Chociaż minęło już sporo czasu od obejrzenia filmu o...
Więcej...

Małe szczęścia

Szczęście nie jest mierzone sekundami, ale wspomnieniem sekund. Szczęście nie trwa tu i teraz, tylko trwało kiedyś. Pamiętamy to kiedyś mniej lub więcej. Szczegółowo lub mniej jasno i klarownie. Szczęścia nie da się zaplanować z zegarkiem w ręku i powiedzieć: jutro o...
Więcej...