Biesy i Czady, czyli jak rzucić wszystko…

Sty 19, 2017 | Spacerniak | 0 komentarzy

Dom, uczelnia, dom, praca, znajomi, dom, uczelnia, dom, praca. Każdy z nas mimo woli zna ten schemat. W takim natłoku spraw człowiek ma ochotę zrobić sobie przerwę, zaszyć się, wyjść rano, niby po chleb. Najprostszym wyjściem jest schować się w domu, z kubkiem herbaty i serialem. Można tak zrobić przez jeden weekend, drugi, nawet trzeci. Ale co zrobić, kiedy serce drze do czegoś więcej?

Bieszczady jakie są, każdy widzi. Część Beskidów obejmująca swoim terytorium część Polski, Słowacji i Ukrainy. Najwyższym jej szczytem (na terenie Polski) jest Tarnica o wysokości 1346 m n.p.m.

Etymologia nazwy jest dość niejasna – starożytny geograf Ptolemeusz opisywał lud Bessów, zamieszkujących wówczas owe rejony. Kazimierz Dobrowolski w 1938 połączył nazwę Bieszczady z albańskim słowem bjeska, oznaczającego halę górską, łąkę, pastwisko. W języku staropolskim funkcjonowało pojęcie „bieszczad”, co oznaczało „padół łez” oraz „świat zbieszczadział”, to jest: zdziczał. Jak łatwo się domyślić, ów górzysty teren miał być kojarzony z dzikim, nieprzyjaznym człowiekowi miejscem. Ostatnią definicję Bieszczadów podał Andrzej Potocki, który w książce „Księga legend i opowieści bieszczadzkich” wyjaśnił, jak nazwa ta pochodzi od Biesów i Czadów, czyli genetycznie wyhodowanych w piekle diabłów, z których Czady zostały zmuszone, by przejść na stronę „dobrych”. Od tamtej pory na tej piekielnej ziemi mogli osiedlać się ludzie.

Załóżmy, że podejmujemy decyzję: rzucam wszystko i jadę w Bieszczady. Od czego zacząć?

Transport

Pierwszą opcją jest transport publiczny. Z Rzeszowa możemy dostać się tam bezpośrednio prywatnym przewoźnikiem Arriva, lub dostać się do Sanoka, a stamtąd łapać coś do Ustrzyk lub innej miejscowości. Trasa jest dość długa i męcząca, dlatego warto zabrać ze sobą kompana na drogę oraz coś do jedzenia i picia (w ostateczności nada się i kompan). Koszt wynosi wtedy ok. 30 zł w jedną stronę. Możemy ewentualnie śledzić blablacara i tam wypatrywać, czy aby ktoś nie oferuje przejazdu. Koszt zależny od kierowcy

Drugą opcją, zdecydowanie najmniej pewną i zdecydowanie najzabawniejszą, jest autostop. Bierzemy plecak, stajemy na wylotówce na Sanok, bierzemy do ręki kawałek kartonu z napisem „BIESZCZADY” i czekamy… Przy tym sposobie podróżowania zdajemy się na los i liczymy się z tym, że przy wyjątkowym pechu na szlak możemy nie dotrzeć w ogóle, zaś przy wyjątkowym szczęściu za pierwszym razem łapiemy taryfę bezpośrednio pod wejście na szlak. Zwykle jednak ludzie chętnie biorą autostopowiczów i pomagają dotrzeć do wybranego celu – nawet jeśli nie bezpośrednio, to choć trochę. Koszt zerowy.

Nie ukrywam, że najlepszą opcją jest autko. A wiadomo, że przed wyruszeniem na wyprawę trzeba zebrać drużynę. Wystarczy znaleźć czwórkę równie wykończonych życiem obieżyświatów, zapakować się w auto i ruszyć. Koszt za paliwo od osoby powinien nam wówczas wynieść ok. 20 zł w dwie strony. Ogromnym plusem jest tutaj to, że nie jesteśmy ograniczeni żadnymi przystankami, ale możemy podjechać sobie pod wejście na wybrany szlak. Możemy zabrać ze sobą buty na przebranie, coby nie siedzieć 4 godziny w trepach w podróży, po drodze zatrzymać się jeżeli coś nas zaciekawi, a i na trasie nie goni nas czas i stres, że nie zdążymy na ostatni autobus. 

Trasa

Najgorzej jest, gdy mamy czym, ale nie mamy gdzie. Bardzo ważne jest, by przed wyruszeniem w drogę, jeszcze w domu usiąść i zaplanować trasę. Dzięki temu wiemy dokładnie którędy i gdzie podjechać, gdzie mamy wejście i zejście ze szlaku oraz na ile godzin planowana jest trasa. Nie tracimy wtedy cennego czasu na szlaku na dogadanie się dokąd idziemy.

Jeśli chodzi o polecane szlaki, są gusta i guściki. Na pierwszy ogień można wejść na Tarnicę, Połoninę Wetlińską, Rawki czy (ukochaną przeze mnie) Połoninę Caryńską. Są to trasy często uczęszczane, więc nawet w razie kłopotów związanych z naszym nieprzygotowaniem, nie zostaniemy sami w szczerym polu. Gdy będziemy mieć za sobą pierwsze lody (heh), będziemy mogli rozglądać się za mniej znanymi szlakami. Trzeba jednak zaznaczyć, że w sezonie turystycznym niełatwo znaleźć się samemu w Bieszczadach. 

Przygotowania

Wybierając się w Bieszczady, czy gdziekolwiek indziej, trzeba pamiętać o jednym: góry nie wybaczają. Nieważne, czy idziemy na kraniec świata w zimę stulecia, czy na drogę krzyżową na Tarnicę w Wielki Piątek, jest kilka rzeczy które zawsze, ale to zawsze bierzemy ze sobą w trasę:

  • buty: Wygodne, rozchodzone treki. Dobrze, żeby były za kostkę. Nie ma nic bardziej kuriozalnego, kiedy od stóp do głów obuci w sprzęty wyprawowe widzimy panią, która wychodzi na Połoninę Caryńską w sandałkach. Raz, że jest to piekielnie niewygodne (czujemy pod stopą każdy kamyczek na drodze), ale i niebezpieczne, bo bardzo łatwo wtedy o kontuzję kostki. Panuje niepisana zasada, że w górach się nie wygląda. Bierzemy to, co jest najwygodniejsze i najbardziej praktyczne. Nawet, jeśli jest z ubiegłorocznej kolekcji.

W zimową lub błotnistą pogodę warto również zabrać ze sobą stuptuty, takie ochraniacze od buta do pod kolano. Dzięki nim nie będziemy ociekać błotem po powrocie do aut, a zimą śnieg nie wpakuje nam się do butów.

  • woda: W normalną pogodę przynajmniej półtoralitrowa butelka na osobę. W czasie upałów przynajmniej podwajamy dawkę. Odwodnienie to niefajna sprawa.
  • czapka: Niezależnie od zarąbistości naszej grzywki. Z naturą nie wygramy, jeżeli słoneczko za mocno przygrzeje nam w czerep, staniemy się zupełnie nieużytecznym członkiem załogi.
  • jedzenie. Pożywne, kaloryczne i trwałe. Jeżeli w połowie drogi między Małą a Wielką Rawką najdzie nas ochota na wędzoną makrelę, trudno – będziemy musieli zadowolić się jakimś owockiem, czekoladą czy batonikiem musli. Kabanosy też są okej.
  • mapa. Stara, dobra, papierowa mapa offline.

Jeżeli korzystacie z GPS w telefonie, warto przed wyjazdem ściągnąć sobie mapę Bieszczad offline. Wchodząc na szlaki bliżej granicy, możecie łapać ukraiński lub słowacki zasięg, który może wyczyścić Wam stan konta niczym radziecki odkurzacz. 

Po co to wszystko?

Na zakończenie chcę opowiedzieć trochę swoich refleksji na temat wypraw w góry. Na co dzień jestem bardzo, ale to bardzo leniwym człowiekiem. Nie mam problemu z pospaniem do 13 w sobotę, a wszystkie obowiązki odkładam na ostatnią chwilę (dedlajn na ten artykuł minął mi wczoraj). Jeden z moich najbliższych kumpli przy każdej możliwej okazji nazywa mnie per „parszywy leń”. Każdy z nas z pewnością zna kogoś takiego, więc macie już mój ogląd. Wyobraźcie więc sobie takiego człowieka, który zdziera się z łóżka 29 stycznia o 2 w nocy, żeby zdążyć na wschód słońca na Caryńską. Nie zliczę ile razy w ciągu tych lat miałem ochotę rzucić budzik w kąt i stwierdzić, że nie jadę, zostaję, mam gdzieś, a góry są w ogóle głupie. Ale jest w nich coś, co daje możliwość sprawdzenia samego siebie, co buduje charakter.

Ale góry są też bardzo szczodre, i za nasz wysiłek, przygotowania, zdarcie się z rana z łóżka i kilkugodzinny marsz w zimnie, wietrze czy upale, sowicie nas wynagradzają: wspaniałymi widokami, niesamowicie czystym powietrzem, satysfakcją i chwilą refleksji „A może nie jestem wcale takim parszywym leniem?”

Jedna z moich najmilej wspominanych wypraw, zachód słońca na Caryńskiej. Wcześniej tego dnia nie udało nam się wyjść na Tarnicę, ponieważ przez mgłę i śnieg nie mogliśmy znaleźć szczytu. Później razem z chłopakami postanowiliśmy spróbować podejść pod Caryńską. W pewnym momencie wyszliśmy ponad poziom wszystkich chmur i mgły. Widok i uczucie nie do opisania.

„To będzie fajnie wyglądało na zdjęciu” ~Paweł

Ciekawostka: wchodząc na Rawki, warto zboczyć z głównego szlaku i udać się na Krzemieniec: miejsce, w którym stykają się granice trzech państw: Polski, Ukrainy i Słowacji, oznaczone obeliskiem.

Obelisk na Krzemieńcu w swoim naturalnym środowisku. Fot. http://andrzej-banach.eu/

 

Staszek Napiórkowski

Staszek Napiórkowski

Autor

Taka to bułka

Mąka, mleko, jajko, odrobina cukru na osłodę życia i drożdże. Brytfanka...
Więcej...

Pod górkę z Maryją

Pod górkę z Maryją Świat katolicki dzieli się na wielkich miłośników Maryi...
Więcej...

To, co najważniejsze!

W piątek przed ślubem stresowałam się niesamowicie. Wszyscy próbowali mnie...
Więcej...

No bo o co chodzi?

Nienawidzę uzależniać się od ludzi. Staję się wtedy podatna na to, jak ci,...
Więcej...

Więcej niż tatuaż

Chyba już wiem dlaczego ludzie tatuują sobie imiona ukochanych na rękach,...
Więcej...

Franciszek radzi:

Módlmy się za wszystkie ofiary ludobójstwa i dołóżmy starań, aby tej zbrodni nigdy już na świecie nie popełniano.

Franciszek radzi:

Uczmy się od Najświętszej Maryi Panny mieć serce pokorne i zdolne przyjąć dary Boże.

Franciszek radzi:

Kościół nie wzrasta przez prozelityzm, ale przez przyciąganie.
Prozelityzm?

Franciszek radzi:

Jezus nadał sens mojemu pobytowi tu na ziemi i daje mi nadzieję na życie przyszłe.

Franciszek radzi:

Jezus uczy skupiać się zawsze na tym, co istotne, i przyjmować odpowiedzialnie otrzymaną misję.

Franciszek radzi:

Adwent to czas przygotowania naszych serc na przyjęcie Chrystusa Zbawiciela, który jest naszą nadzieją.

Franciszek radzi:

Adwent to czas przygotowania naszych serc na przyjęcie Chrystusa Zbawiciela, który jest naszą nadzieją.

Franciszek radzi:

Wszyscy zostaliśmy wezwani, aby wyjść na świat jako misjonarze, niosąc wszystkim ludziom i każdemu środowisku orędzie Bożej miłości.

Franciszek radzi:

Wszyscy zostaliśmy wezwani, aby wyjść na świat jako misjonarze, niosąc wszystkim ludziom i każdemu środowisku orędzie Bożej miłości.

Franciszek radzi:

Miłosierdzie nie jest jakąś dygresją w życiu Kościoła, ale stanowi samo jego życie i czyni Ewangelię namacalną.

Franciszek radzi:

Aby spotkać drugiego, należy wyjść z własnych ograniczeń. Jeśli tego nie uczynimy, także my, chrześcijanie, zarazimy się podziałami.

Franciszek radzi:

Wielki Post zachęca nas usilnie do nawrócenia: jesteśmy wezwani, by powrócić do Boga całym sercem.

Franciszek radzi:

Post nie jest tylko odmawianiem sobie chleba. Jest także dzieleniem się nim z głodnymi.

Warsztaty śpiewu liturgicznego

Wraz z rzeszowskim klasztorem ojców Dominikanów zapraszamy na warsztaty śpiewu liturgicznego. Szczegóły na plakacie oraz w wydarzeniu.🎼🎹 Polecamy! [apss_share] Módlmy się za wszystkie ofiary ludobójstwa i dołóżmy starań, aby tej zbrodni nigdy już na świecie nie...
Więcej...

Folklor i ja

Kiedy byłam dzieckiem mama pokazywała mi jak ważna i potrzebna jest kultura ludowa. Jako podlotek śpiewałam, tańczyłam i grałam w przedstawieniach w jej zespole. Dziś jestem dwudziestolatką, lasowiaczką próbującą odnaleźć się w rzeczywistości dużego miasta. Jak...
Więcej...

Wigilia Starców

Z racji zderzenia dwóch różnych zwyczajów wigilijnych w moim domu (mój tata jest z Krakowa, a mama z Kolbuszowej) jest zgrzyt dwóch tradycji. Tata marzy o posiłkach wigilijnych prosto z krakowskiego rynku, a mama z uporem maniaka od prawie 30 lat podaje mu nasze -...
Więcej...

Światło między oceanami

Małe, malutkie kłamstewko. Kto nie ma go na swoim sumieniu, niech podniesie rękę. Każdego dnia cała ich masa przewija się w rozmowach świata. Tak bardzo w nas wsiąkły, że nie spodziewam się lasu rąk. Raz na jakiś czas - a tak było w przypadku Toma i Izabel - niewinne...
Więcej...

Ja cię wywiodę do kraju w kebab obfitego

Wokół krajów azjatyckich, zwłaszcza tych na Bliskim Wschodzie, narosło wiele stereotypów. Słysząc „Turek”, człowiek widzi średniego wzrostu mężczyznę o ciemnej karnacji, który w przerwach między modlitwami dziarsko zajada się kebabem. Jeżeli tak nie macie, to...
Więcej...